Osiemnastkowi DJ'e
Artykuł ten kieruję do klubowiczów bardziej wymagających. Którzy stawiają DJom poprzeczkę sporo powyżej komercyjnej średniej krajowej. Dotyczyć on będzie mężczyzn, którzy stając za konsoletą na imprezach urodzinowch - w przypadku dzisiejszego artykułu - Osiemnastek, pragną o tytułowanie ich per, jakże dumnie brzmiącym tytułem, DJ. Co niestety nie zawsze jest adekwatne do tego co podczas rzeczowej imprezy nam zaserwują.

DJem na urodzinach może być każdy. Pospolity chłopak, niekoniecznie uzdolniony pod względem mixowania lub choćby samej obsługi mixera, aczkolwiek posiadający takowy sprzęt, pasjonat, amator czy tez rzekomy 'profesjonalista'. Każdy z nich chce być nazywany DJem, bo przecież to właśnie on zapodaje muzykę na imprezie. Lecz niestety nie zawsze zamiłowanie do tego zawodu czy tez rzekome zdolności przekładają się w praktyce na świetną zabawę.

Przykłady z życia wzięte - Moja Osiemnastka. Zimową porą przekroczyłam tę umowną granicę między lalkami i klockami Lego, a życiem dorosłym. Ze względu na to, że jestem osobą rozrywkową, oczywiście zaserwowałam przyjaciołom i blisko-dalszym znajomym imprezę. Miejscem zabawy stał się dość popularny od jakiegoś czasu gdyński klub Alfabet. Niestety, ze względu na to, że nie śpię na pieniądzach byłam zmuszona do cięć budżetowych - sama musiałam znaleść sobie DJa. I jak na zawołanie znalazł się chłopak ze szkoły. Zachwalany przez wspólnych znajomych otrzymał, jakże ważną na mojej imprezie, posadę DJa. Wszystko zapowiadało się pięknie. Chłopak nie chciał praktycznie żadnego wynagrodzenia, potrzebował jedynie transportu, aby jakoś przytaszczyć sprzęt i bezpiecznie wrócić z nim w całości do domku. Kosztowała więc mnie ta 'przyjemność' jedynie kwotę równoważną kilometrom między Gdynią a pewnym osiedlem za obwodnicą razy taryfa nocna, razy taryfa niedzielna. No ale przecież to tak niewiele w porównaniu do gaży jaką życzą sobie 'profesjonalni' DJe w klubach, więc machnęłam ręką. Sporo czasu przed imprezą podsyłałam mu dość zróżnicowane kawałki, aby każdy gość znalazł coś dla siebie i mógł rozprostować kości na parkiecie. Byłam spokojna o muzę, bo przecież miałam DJa i klimaty na CD jak najbardziej pozytywne. Nadszedł dzień imprezy i.. klops. Chłopak wrzucił po prostu CDki do odtwarzacza, i zniknął gdzieś w tłumie. Rzadko kiedy można było go znaleść, a co dopiero zobaczyć za konsolą. Zero jakichkolwiek, a co dopiero profesjonalnych, przejśc, zero zainteresowania powierzonym mu zadaniem. Często sama musiałam wskakiwac za kokpit i grzebać w płytach. Miałam po prostu muzę jak z mp3 palyera czy komputera. Z tym że ten ludzki 'komputer' kosztował mnie 1/8 tego, co wydałam na wynajęcie klubu. I gdzie tu rzetelność i profesjonalizm 'DJa'?

Kolejny przykład, już bardziej ogólnodostępny. DJ na Osiemnastkach w studenckim klubie Bulaj. Pan co tydzień ten sam. Z tym samym repertuarem. W ciągu minionego roku byłam w Bulaju naście razy - spowodowane to było niekonieczine moją jakże niepohamowaną miłością do tego klubu, lecz możliwościami finansowymi moich znajomych - Bulaj to najtańszy klub w Gdyni. I naście razy słyszałam te same kawałki wychodzące spod rąk Rezydenta. Ba! Nie dość, że utwory następowały po sobie co tydzień w tej samej kolejności, to jeszcze w identyczny sposób były mixowane. Po n-tej 8nastce zaczęłam się zastanawiać, czy ten Facet naprawde Mixuje czy po prostu macha przy vinylach łapkami a wszystko leci z jakiegos mp3 playera ukrytego w jego kieszeni. Niestety nigdy się tego nie dowiedziałam, bo przestałam odwiedzać ten klubik (skończyły się osiemnastki ;D ). Standardową tracklistą na bulajowych Osiemnastkach były kawałki takich wykonawców jak BEP, Shaggy, The Pussycat Dolls, Shakira, Sean Paul, 50cent czy Mariah Carrey. No i oczywiście pseudo-techno, bo jakżeby inaczej. Po godzinie rytmów czarnych, idealnych do sexownego kręcenia pupką, czy wyrywania jakiś smakowitych ciasteczek na swoje afroamerykańskie ruchy (którym nie miałam nic a nic przeciwko) następowały dwie godziny 'bossskiego' techno. Strobo on, najlepiej jeszcze białe rękawiczki i jedziemy. Kawałki typowo komercyjne - Mbrothers, Cbool czy Kalwi i Remi przyprawiały mnie o mdłości (dla bardziej wrażliwych czytelników - czułam nieopanowaną chęć na papieroska, który koniecznie musiał być skonsumowany na zewnątrz, z dala od parkietu). Czasem jednakże Mr DJ wprawiał mnie w nastrój pozytywny - zdarzyło się, że dane mi było usłyszeć ATB czy Toma Noviego. Niestety tylko na jednej imprezie i do tego raz niepowtarzalny. Więc jak widać moi drodzy, nie zawsze tytuł profesjonalnego DJa gwarantuje nam zróżnicowaną muzykę. Muzykę na poziomie.

Ostatnim na dzien dzisiejszy będzie przykład jak najbardziej na czasie, tj. z imprezy wczorajszej. Zaproszona na Osiemnastkę do klubu Ucho, przybyłam pełna nadzieji na świetną zabawę. I nie zaprzeczę, że taka mnie czekała, lecz nie ze względów muzycznych, lecz towarzyskich. Ale nad ostatnimi rozwodzić się nie bedę, bo co to ma do tematu ;). Rozwijając myśl, na dzień dobry usłyszeć mogliśmy, że imprezę poprowadzą niejacy DJe z jakże awangardowo brzmiącego duetu 'Explosion team DJs' czy jakoś tak - wybaczcie brak dokładniejszych danych, ale, wstyd się przyznać, nie zwróciłam należytej uwagi na nazwę, a ze względu na to, iż została ona do publicznej wiadomości podana tylko raz, do tego na początku imprezy, nie miałam okazji usłyszeć jej po raz kolejny. Na początku, standardowo goście bombardowani byli shake-your-ass'owymi bitami muzy czarnej, potocznie zwanej rnb. Całkiem klimatycznie się zapowiadało, można było poszaleć na parkiecie z przyjaciółkami i pochwalić się tańcem brzucha i innymi 'afro' ruchami. Niestety już po pierwszych trzech minutach muzykowania zauważyłam, że coś jest nie tak. Panowie DJe wchodzili z kolejnym kawałkiem już 2-3 minutch od poczatku pierwszego. Co chwila przerywali nam swoimi beznadziejnymi, typowo manieczkowymi tekstami (obowiązkowe było echo, które brzmiało tak modnie i światowo przecież), a ich wyczucie rytmu pozostawiało wiele do życzenia. Zanotowałam w pamięci jedynie trzy gładkie przejścia, bez żadnych kompromitujących zacięć czy niezgodności rytmu. Ale nie chciałam sobie psuć wieczoru, póki serwowano mi muzykę black, byłam na parkiecie. Co zmieniło się nieco po godzinie 22. Explosiony włączyli migające światełka nad naszymi głowami, a tępe, vixiarskie rytmy wymykające się z głośników ostudziły mój zapał do zabawy. Poczułam się niepewnie, więc nadszedł czas na uzupełnienie płynów na piętrze. Sącząc napój energetyczny (nie liczcie na reklamę ;D ) obserwowałam pracę DJów i nastrój panujący na dole. Parkiet w jednej chwili zapełnił się Panami w obcisłych pasiastych sweterkach, którzy niewidocznymi pędzlami smarowali ściany. Lecz największą zgrozę przeżyłam w momencie, gdy z bliska spojżałam na scenę. Otóż nasi wspaniali DJe nie dość że wyposarzeni byli jedynie w mixer (tj. środkową część sprzętu z guziczkami i suwakami), laptop i zwykły odtwarzacz płytek CD (vinyle? zapomnijcie) , to jeszcze grali z PIRACKICH, przegrywanych płyt. Po prostu totalny brak rzetelności. Na moją uciechę sprzęt im często nawalał (no cóż, płytki pirackie mają to do siebie, że się szybko rysują) więc, jak to ujął jeden z moich znajomych (wpadajcie na www.e-gdynia.pl ;) ) nie ma to jak być jednocześnie kochanym i nienawidzonym w ciągu jednego wieczoru. Pseudo-trance jaki nam zaserwowali nie różnił się zbytnio od repertuaru w klubie Bulaj - mBrother, Wet Fingers, Kalwi & Remi ( tym razem z kawałkiem 'Imagination' ). Pozytywnie zaskoczyli mnie raz - chwilę po 22. było mi dane potańczyć chwilkę przy genialnym kawałku Phunk-A-Delic - Rockin'. Niestety później było już tylko gorzej, na co dowody przedstawiłam wyżej. Po półtorej godzinie 'techno' DJe wrócili do czarnej muzy, ale tylko na chwilkę, bo przecież zbliżała się północ. Wiadomo - sto lat, życzonka, szampan i tort (żartowałam :P ), podrzucanie solenizantek i znowu muza. Tym razem były to kawałki z lat przeszłych, m.innymi 'YMCA' czy 'Samba'. Goście bawili się świtnie. Nawet przy kawałkach, które po raz kolejny przyprawiły mnie o chęć wyjścia z klubu - 'J***ć mi się chce' Liroya, 'Grrrubas' Tedego, 600V i K.A.S.T.A. Squadu, dwa razy zapuszczony kawałek, którego motywem przewodnim była Dziewica, która cnotę straciła z niejakim Rudym (pseudoprofesjonalny sprzet znów dał o sobie znać, więc DJe musieli na szybkiego wrzucić coś ruchliwego) i mnóstwo kawałków Disco Polo. Ja wszystko rozumiem. Te ostatnie to hity wszystkich Osiemnastek, na mojej też ich nie zabrakło, ale będąc wierna swojemu gustowi muzycznemu, ostatnie kilkadziesiąt minut obecności na imprezie przesiedziałam w loży...

Więc niestety z przykrością muszę stwierdzić, że w Gdyni dość ciężko o porządnego DJa, który nie zawiedzie nas na Osiemnastce. I nie chodzi mi tu wcale o takiego, który zapodawać będzie tylko muzę wybraną, która odpowiadać będzie wyłącznie Solenizantowi, bo przecież nie o to chodzi. Konieczny jest zróznicowany jadłospis muzyczny. Ale na miłość boską, jeśli osoba uznająca się za DJa po pierwsze primo - opuszcza swoje miejsce pracy podczas imprezy, po drugie primo - zupełnie nie urozmaica swego występu i po trzecie primo - sprawia wrażenie jakby sprzęt kupiła na wyprzedaży i dopiero co się z nim na imprezei zapoznaje, to myślę że coś jest nie tak.. Jeśli znacie porządnych DJi (najlepiej grających niekomercyjną muzykę techniczną / elektroniczną) lub sam/a jesteś jednym z nich - napisz do mnie. Może uda Nam się Ciebie wypromować (organizacja imprezy to nie tak wielki problem ;) ) i podniesiesz poziom w 3city. Pozdrawiam, Susann.


PS: Kasieńko, tylko nie myśl sobie że impreza była beznadziejna - bawiłam się wspaniale, tak samo jak reszta Twoich gości. Po prostu zboczenie 'zawodowe' kazało mi zwracać też uwagę na umiejętności DJów. Ach no i jeszcze raz Wszystkiego Naj Staruszko :*


Susanna
chajpa.pl
C o p y r i g h t © C h a j p a . p l 2 0 0 6