Relacja: Heineken Open'er Festival 2007
Na wstępie mojej relacji z Heineken Open'er Festival 2007 zaznaczę, że nie będzie ona ani obiektywna, ani bardzo szczegółowa. Napiszę kilka słów jedynie o niewielkiej części artystów, którzy zawitali w tym roku na Babie Doły. Niestety fizycznie niemożliwe jest zobaczenie wszystkiego, a i pewne niezależne ode mnie wypadki utrudniły mi dotarcie na wszystkie koncerty, które warte były obejrzenia. Ale do rzeczy.

Pierwszego dnia, pojawiłam się na festiwalu około godziny 19.00. Na dużej scenie grali The Car Is On Fire. Warszawiacy raczej zawiedli. Fani zespołu z pewnością bawili się dobrze (i tylko dobrze...), ale ja wybrałam spacer do miasteczka festiwalowego. W miasteczku tak samo jak w roku ubiegłym pokaźny wybór dań, od kanapek poprzez zupki z kubka po pizzę. Poza tym napoje ciepłe i zimne oraz oczywiście piwo Heineken. Wszystko jak zwykle do nabycia nie za pieniążki, ale za specjalną walutę festiwalową :)

Nie pozostałam tam jednak długo, ponieważ na, otwartej po raz pierwszy w tym roku, scenie młodych talentów zaczynał koncert rzeszowsko - kanterberyjski zespół The Poise Rite, doskonale znany mi ze strony myspace. Nazwana przez jednego z żurnalistów "pierwszą muzyczna falą polskiej emigracji zarobkowej na Wyspy" kapela zagrała zdecydowanie w stylu, który kojarzy się z ich obecnym miejscem zamieszkania. Muzyka The Poise Rite jest raczej mroczna i smutna, sam zespół grał jakby był w innym świecie, praktycznie zerowy kontakt z publicznością, co zazwyczaj mnie denerwuje, ale w tym wypadku pasowało jak ulał do całości. Paradoksalnie ze sceny biła energia, a publika, która w większości znalazła się pod sceną przez przypadek(nie mogła wytrzymać smucenia TCIOF na dużej?) bawiła się wyśmienicie i długo oklaskiwała muzyków.

Na szczęście panowie skończyli grać przed 21 i mogłam spokojnie udać się na wyczekiwany przez mnie Sonic Youth. Powiem krótko, nie zawiedli. Grali przeważnie najbardziej znane piosenki, nie zabrakło eksperymentów brzmieniowych. Była więc gra na gitarze smyczkiem, głową i, jakkolwiek dziwnie to brzmi, wzmacniaczem oraz sceną. Były radiowe trzaski, były wokale damskie i męskie i totalne szaleństwo publiczności oraz samego SY. Nie wiem ile dokładnie lat mają członkowie zespołu, na pewno niemało, ale zachowują się jakby mieli lat kilkanaście :) Czarowali ze sceny i z tego co słyszałam później przy piwku albo czekając na Toi Toi, ludzie absolutnie tej magii ulegli.

Niestety, a może stety występ The Roots przyćmił trochę Soniców. Energetyczni hiphopowcy porwali publiczność do tańca już od pierwszych dźwięków. Sami świetnie bawili się na scenie, a to zawsze najlepiej działa na odbiorców. Perełkami koncertu były z pewnością niesamowita improwizacja na basie i dedykowana prezydentowi Bush'owi (swoją drogą to już prawie tradycja Open'era, że wykonawcy z USA wyrażają swoją, mówiąc oględnie, antypatię do Bush'a) antywojenna, bardziej pieśń niż piosenka Boba Dylana "Open letter" (chyba to taki tytuł) wyśpiewana perfekcyjnie przez gitarzystę przy akompaniamencie gitary, perkusji i gigantycznej tuby. Koleś grający na tubie był zresztą chyba najbardziej rozskakanym członkiem zespołu :)

Porażające wrażenie i niesamowicie intensywna zabawa sprawiły, że postanowiłam odpocząć i udać się dopiero na koncert The Strike Boys do namiotu. Laurent Garnier, ostatnia gwiazda tego dnia na scenie głównej, grał całkiem przyjemnie. Co robił na scenie nie widziałam, bo siedziałam do niej tyłem. Widziałam za to czterech Anglików odzianych w puszyste szlafroczki. O nich zresztą wspomnę jeszcze później, ponieważ byli zdecydowanie gwiazdami numer jeden w dziedzinie festiwalowej mody :) The Strike Boys niestety zaczęli grać z prawie półgodzinnym opóźnieniem więc w całym koncercie nie uczestniczyłam, ale to co widziałam jak najbardziej mi się podobało. Panowie w składzie rozszerzonym o czarnoskórego wokalistę zaproponowali publiczności muzykę w stylistyce drapieżnego garage. Było jak najbardziej elektronicznie, trochę rockowo. Potężne basy i radosny MC porwały tłum. Brakowało mi tylko wizualizacji, ale i tak z żalem opuszczałam namiot w trakcie występu.

Dzień drugi zakłócił deszcz. Nie byłoby to dla mnie tak uciążliwe gdyby nie fakt, że przez poszukiwanie kaloszy, których nie było nigdzie w Gdyni i podobno w promieniu 13 kilometrów, przegapiłam O.S.T.R.a i Aptekę. Podobno grali świetnie... Tak czy owak kalosze znalazłam i w ten sposób z pewnością uratowałam swoje zdrowie. Tym, którzy mieli inne obuwie niż gumiaki albo ewentualnie glany szczerze współczuję. Niektórzy ratowali się owijając sobie nogi siatkami albo workami na śmieci, co bardziej odważni (Szaleni? Bezmyślni?) chodzili na boso albo w klapkach kąpielowych. Przebojem były też szpitalne ochraniacze na buty noszone nie tylko na nogach, ale też na przykład na głowie :) Zabawnie było też patrzeć czym ratują się ludzie, którzy nie zabrali ze sobą płaszcza przeciwdeszczowego lub nieprzemakalnej kurtki. Dla mnie hitem było towarzystwo pląsające pod kartonami i koleś w żółtym stroju rybaka. Wspomniani wcześniej Anglicy zabezpieczyli się przed deszczem w strojach znanych z teledysku Beastie Boys "Intergalactic". Tyle w kwestii mody.

Niestety wpuszczano na teren festiwalu ludzi z parasolkami więc trzeba było uważać na oczy, no i nie było nic widać na Groove Armadzie jeśli stało się blisko sceny. Groove Armada przypominała mi trochę Basement Jaxx z zeszłego roku. Podobna stylistyka, podobny zestaw ludzi na scenie.

Nie było mnie tam raczej zbyt długo, bo przeniosłam się na Crazy P na scenę namiotową. Roześmiana wokalistka zagadywała do publiczności i tańczyła po całej scenie. Zaklinała tez słońce piosenką "Sunshine". Muzycznie przypominali mi trochę Moloko. Było bardzo wesoło, większość ludzi bawiła się i tańczyła ciesząc się, że nie stoją w strugach deszczu i po kostki w błocie. Bo w namiocie podłoże było idealne. Trzeba tylko było przejść przez kilka metrów okropnej breji i stało się na zupełnie suchej, twardej ziemi.

Koncertu znowu nie zobaczyłam w całości, bo pobiegłam na Beastie Boys. Nowojorczycy odziani w stylowe garnitury zaczęli koncert instrumentalnie, by za chwilę przeprosić publiczność za deszcz. Na szczęście deszcz chyba nie lubi hip-hopu, bo po dosłownie kilku minutach przestał lać się z nieba, ludzie pochowali parasolki i można było spokojnie pląsać przy hitach trzech MC's i jednego DJ'a. W zestawie brakowało mi w zasadzie tylko "(You Gotta) Fight For Your Right (To Party)". Zespół oczywiście grał głównie hiphopowo, ale nie zabrakło też akcentów rockowych, a nawet punkowych (Powrót do przeszłości?). Panowie sami chwycili instrumenty. Jedynie Mike D grał tego dnia mało, ale też parę razy usiadł za perkusją. Poza tym żartowali, zagadywali do publiczności i pili na scenie za jej zdrowie wznosząc toasty po polsku. Tą zabawą właśnie przypominali mi zeszłoroczny występ The Streets i Mike'a Skinnera nabijającego się z VIPów czy pożyczającego pasek od kogoś spod sceny. Ludzie nie dali Beastiesom skończyć planowo i wywołali ich na bis. Co więcej wykrzyczeli sobie na bisa "Sabotage" zadedykowany nie komu innemu, jak prezydentowi Bush'owi. :)

Ponad pół godziny na dużej scenie instalowało się Muse, ale biorąc pod uwagę ogrom sprzętu, który trzeba było ustawić i tak można powiedzieć, że obsługa uwinęła się błyskawicznie. Brytyjczycy rozwiesili nad swoimi głowami dodatkowy telebim do wizualizacji i postawili za sobą ściany świateł. Ich występ był dla mnie bardziej spektaklem niż koncertem. Nie jestem wielką fanką więc obserwowałam to sobie z umiarkowanym entuzjazmem i bez palpitacji serca z bezpiecznej odległości. Przyznaję jednak, że oprawa powalająca, a i muzycznie mi się jak najbardziej podobało. Muse zagrali znacznie przystępniej niż Placebo w zeszłym roku (Przepraszam, za te ciągłe porównania, ale to samo mi się narzuca.), to znaczy zagrali koncert typowo festiwalowy złożony głównie z piosenek znanych i lubianych. Niewiele konwersowali z publicznością, ale powiedzieli kilka prostych słów po polsku(przebojowe "tsieść" i "cienkuje"), co oczywiście było najgłośniej oklaskiwane w czasie całego koncertu. Na kilka piosenek Matthew odstawił gitarę i akompaniował sobie na fortepianie. Publiczność szalała w błocie, a i mnie w czasie bisu udzieliło się trochę tego szaleństwa i pohasałam sobie podśpiewując "Knights of Cydonia" (Co nie było trudne, bo tekst wyświetlał się na telebimie :)). I jeszcze taki mały babski akcent, frontman Muse prezentował się na scenie całkiem...przyjemnie dla oka. :)

Trzeciego dnia słońce wyszło (Czyżby dzięki Crazy P?:)) i pogrzewało przez większość występu Indios Bravos. Błotko nie było już tak grząskie jak w sobotę, ale i tak kalosze się przydały. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że gutkowo - banachowa ekipa grała bardzo bujająco i nogi same rwały się do zabawy. Gutek jako stary bywalec Open'era doskonale wiedział jak trzeba grać, żeby nie odstawać od gwiazd zagranicznych. Indiosi zaprosili na scenę gości m. in. Dziun, ekipę tańczących Indian i Alę Janosz. Nie zabrakło "Pom Pom", "Dróg" i innych bardziej znanych piosenek zespołu. Były tez utwory Wu Wei co bardzo mnie ucieszyło.

W przerwie między koncertami wypatrzyłam czteroosobową ekipę modnych Anglików ubranych w stroje idealnie skopiowane z teledysku Village People "YMCA". Tego dnia jednak mieli konkurencję, ponieważ jakiś facet chodził po miasteczku odziany od stóp do głów w żarówiasty róż z różowym hula-hopem na ramieniu. :) Cóż, wniosek taki, że czas wymyślać sobie strój na następny rok...

Wracając do muzyki, na dużej scenie pojawiło się Bloc Party. Kolejny brytyjski zespół rockowy jednak z zupełnie inną koncepcją koncertu. Nad sceną zawisł banner z napisem Bloc Party, pod którym stanęła czteroosobowa kapela. Bloc Party również nie jest jednym z moich największych ulubieńców więc nie zawracałam sobie nimi jakoś szczególnie głowy. Z tego, co słyszałam będąc przez dłuższa chwilę pod sceną, grali przyzwoicie i pewnie gdybym była bardziej w tłumie poskakałabym sobie.

Jednak dla mnie priorytetem tego dnia był instrumentalny koncert Beastie Boys zaczynający się o 22 na scenie namiotowej. Oczywiście mądra baba po szkodzie nie przewidziała, że znaczna część festiwalowiczów ma taki sam koncert priorytetowy i nie dała rady dostać się do namiotu żeby cokolwiek zobaczyć. Na szczęście było słychać i przed namiotem. Chłopcy grali z rockowym pazurem i podobną energią co dzień wcześniej. Pomimo tego, że koncert miał być instrumentalny pośpiewali sobie też troszkę, pozagadywali publikę. Wszyscy, którzy sądzili, że taki perfomance Beastiesów będzie nudny zdecydowanie byli w błędzie.

Po bestialskim instrumentalu zatrzymaliśmy się przy scenie sponsorowanej / reklamującej Kinder Bueno, gdzie dj puszczał muzykę taneczną. Przez dwa poprzednie dni raczej omijałam to miejsce, jednak w niedzielną noc można była tam usłyszeć hity Beastie Boys i zmiksowane tanecznie hity rockowe, jak na przykład "Smells like teen spirit" Nirvany czy "Song 2" Blur. I co więcej, ta mała niepozorna scena była miejscem, w którym na Open'erze wreszcie usłyszałam "(You Gotta) Fight For Your Right (To Party)"!

Zahaczyłam jeszcze o namiot MTV, żeby wyklikać pozdrowienia z Open'era dla znajomych siedzących w domu i sprawdzić czy nie kręcą się tam jakieś postacie znane z telewizji. Pojawił się Wujek Samo Zło i Kasia Burzyńska, którą zresztą widziałam już wcześniej tego dnia, szalejącą na Indios Bravos.

Na Bjork byłam tylko na chwilkę z przyzwoitości. Niby wielka gwiazda i tak dalej, ale mnie raczej usypia niż raduje więc poszłam zobaczyć tylko te jej rzekome czary na scenie. Mnie nie zaczarowała. Być może byłam tam za krótko, być może pobudził mnie przemycony przez bramki Tiger albo pobyt na scenie Kinder Bueno, ale było mi tam zwyczajnie nudno. Bjork oczywiście ekscentrycznie ubrana i umalowana, ale to akurat można obejrzeć sobie na zdjęciach więc nie będę się nad tym rozwodzić.

Miałam przynajmniej w czasie jej koncertu czas żeby odpocząć, posilić się ciepłą strawą za ostatnie bony i zebrać siły na LCD Soundsystem. I warto było, bo grali porywająco. Na oprawę koncertu w ogóle nie zwracałam uwagi (Przyznaję, że miał w tym swój udział złoty napój produkowany przez sponsora imprezy ;)), niosła mnie punkowo-taneczna muzyka. Eklektyzm na najwyższym poziomie. Skakałam do momentu, w którym opadłam z sił. Napiszę krótko, ale treściwie podsumowując ten koncert - bezcenne. Moja wyprawa na Smolika niestety nie doszła do skutku więc jeżeli chodzi o muzykę LCD zakończył dla mnie festiwal. Zostały mi jeszcze dwa bony, za które nabyłam ostatnie piwo i pijąc je sobie w festiwalowym miasteczku rozstawałam się z powoli z Open'erem.

Tak było. Dziś pozostał mi niesamowity ból nóg, ubłocone kalosze, zielona opaska na przegubie, z którą jakoś nie mogę się rozstać, no i muzyka. Słucham sobie festiwalowych gwiazd i gwiazdeczek i dumam o tym jak będzie za rok... Moje sprawozdanie nie oddaje nawet w kilku procentach tego, co przeżyłam z tysiącami ludzi na Babich Dołach między 29 czerwca a 1 lipca, bo prawda jest taka, że opisać tego się nie da. Tam trzeba być ! Dlatego mam nadzieję, że za rok Alter Art znowu stanie na wysokości zadania i sprowadzi do Gdyni masę cudownych muzyków, by zagrali dla mnie na Heineken Open'er Festival 2008. I o ile się nie mylę to właśnie Heineken miał hasło 'see you there' w reklamie więc na sam koniec posłużę się tym sloganem. Open'er 2008 - See You There! :)

Lodżis
e-gdynia.pl

C o p y r i g h t © C h a j p a . p l | 2003-2007